Co spłonęło na Szczytkówce…

…czyli Throwback Thursday #2

Jakoś tak na fali artykułu, który przesłał mi Małż, a który dotyczył ponownego spłonięcia Szczytkówki, przeszukałam pudła ze zdjęciami na strychu.
Szczytkówka była chatką studencką, na którą jeździli moi Rodzice. Razem z nią spłonęło ich zaproszenie ślubne, ale to nie teraz – to w pożarze w 1996 roku. Teraz, kilka dni temu spłonęły jakieś inne wspomnienia, bo ktoś tak postanowił – choć nie wiem, czy słowo „postanowił” jest odpowiednie w odniesieniu do człowieka, który zrobił coś takiego (bo w przypadek nie wierzę). Nasze zaproszenie wisi w innej chatce, pewnie i na nią przyjdzie tu kiedyś pora, bo to nasz drugi dom. Zaproszenie dla chatkowiczów – znajomych, nieznajomych i przyjaciół. A jak to się zaczęło?

Prapoczątki są takie, że w góry jeździli moi Rodzice, to już wiecie. Kiedyś to jeżdżenie było trochę inne – bez tony szpeju, markowych butów, kijków, plecaków z membranami, podjeżdżania samochodem pod samą chatę i szybkoschnących ręczników. Ale chociaż zmieniło się wiele, to zarazem nic się nie zmieniło – ludzie, którzy jeżdżą na chaty mają w sercach dalej to samo: otwartość na innych, chęć rozmowy, wspólnego muzykowania, oderwania się od rzeczywistości (w tym wirtualnej, dzwoniącej, brzęczącej głośniej niż komar nad uchem w środku nocy). No i hmm… wspólnego czytania książek, if you know what I mean (jeśli jednak nie – to podpowiedzią może być ekskluzywne wydanie Pana Tadeusza w szklanej obwolucie ;)).
Jako dziecko jeździłam z Rodzicami pod namiot (ludzie jeszcze to robią?), naszym dzielnym malaczem pokonywaliśmy bieszczadzkie szlaki, by stawić się na mecie w Łupkowie. Satysfakcji po wejściu na szczyt, widoków, każdego „cześć” rzuconego na szlaku, dźwięków gitary, flanelowych koszul i śpiwora spakowanego pod maską się nie zapomina, tym się nasiąka już na zawsze. Dlatego pierwszy raz pojechałam na chatę z Tatą 14 lat temu (tak, żyli już wtedy ludzie). To pewnie był taki plan Mamy („Jedź, przypomnisz sobie, pokażesz jej kawałek świata”), całkiem zmyślny. Była zima, taka ze śniegiem – a nie udawana, jak w tym roku. Pociąg, krótka przechadzka (10 minut, mówię, że krótka) i  nocleg w schronisku PTTK. Nie pokonaliśmy dalszej drogi, bo było już hiperciemno, jak zwykle ostatni pociąg, noc i takie tam. Rano wyruszyliśmy na spotkanie przygody – i myślę, że dla wielu osób nawet dziś warunki na chatach mogłyby nią być (jeśli na samą myśl o serduszku wyciętym w drzwiach wychodka, wodzie zwisającej soplami z kranu i przemycanej w plecakach wódce robi się Wam niedobrze – należycie do gatunku takich właśnie osób). Drewniana chata z koślawo przygwożdżonym napisem, chatkowy Wojtek, gitary, chleb podsmażony na blasze pieca, ciepła herbata (wtedy jeszcze bez prądu). I powroty – kiedy pachniały bzy, kiedy gitary rozbrzmiewały na werandzie, podobnie jak fałszywe czasami śpiewy, kiedy wycieczka schodziła do sąsiadów zagrabanicę na piwko i bilard. Jedni wspominają z młodości dyskoteki, inni lekcje baletu, a inni… no własnie – to nie tylko wspomnienie, bo chociaż nie jeżdżę już na Skalankę, to nasze ślubne zaproszenie też wisi nad kuchennymi drzwiami jednej z chat, na Lasku. Z tego się nie wyrasta. Kto się zaśmieje patrząc na foty, niech się nie przyznaje ;). Przypominam tylko, że to zdjęcia z czasów aparatów na kliszę – nigdy nie można było być pewnym efektu i fotoszop nie ratował :D.12skalanka

01skalanka

02skalanka

03skalanka

04skalanka

05skalanka

06skalanka

07skalanka

08skalanka

09skalanka

10skalanka

11skalanka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s