Dorosłe dzieci

Patrzę na Dziecko i myślę, że jest szczęśliwe chyba. Jak wstaje, to się uśmiecha, jak widzi chrupki, robi „brawo, brawo”, wypatrzy nieopodal Tekilę (suczycę naszą) to pełznie do niej, a jak bajka to w ogóle cały hepi. Nie jeździ na motorze, stroni od piwka, w pogo nie był, nie jadł ciasta prosto z pieca, nie podróżował dookoła świata, nie sypia z modelkami, a i tak jest roześmiany od rana do wieczora. Generalnie powiedziałabym, gdyby ktoś pytał, że akceptuje siebie, swoją pieluchę, guzy nabijane na czole co rusz, bliskość dywanu (raczkuje akurat) i jest hurraoptymistą, dużo zaciesza.

Dzieci ogólnie mają w sobie taką fajną prostotę, naiwność i piękno, bo jeszcze nie wiedzą, że za rogiem czają się oczekiwania, wymagania, porównywanie, odrabianie zadań, dodatkowe zajęcia, płacz i zgrzytanie zębów. Było tak już za moich czasów, jest pewnie i teraz i za jakiś czas przekonam się o tym boleśnie, kiedy Dziecko pójdzie do przedszkola i wróci spłakane, że Barajanek zna japoński, a Mariolka jest przedszkolną mistrzynią świata w tańcu na rurze, z kolei Bartek i Janka pływają synchronicznie. I co wtedy? Nic. Wychodzę z założenia, że pozwolimy mu spróbować i wybrać – JEŚLI będzie miał na to ochotę. Za moich czasów (haha) najczęściej chyba spotykało się podejście, że liceum jest przepustką na studia, a w konsekwencji do dobrej pracy i takich zarobków. Oczywiście dobre liceum, profilowana klasa, świetne oceny i dobrze zdana rozszerzona matura. Oczywiście państwowa renomowana uczelnia (właściwie pod tym opisem rozumiało się w moim regionie, że to powinien być UJ), oczywiście prawo. Jestem z wyżu, więc bitwa o Śródziemie to pikuś przy tym, co działo się podczas egzaminów na studia, trust me. Wyniki matury na wstępie determinowały czyś głąb, czy możesz się ubiegać o miejsce wraz z pierdyliardem innych pretendentów do miana studenta. Próbowałam na japonistykę się wepchnąć jakoś, dostać się, być, ale egzamin zweryfikował moje spontaniczne dość plany i nie stałam się jedną z 13 czy 14 osób, które okazały się na tyle zdolne (tak, tyle miejsc było na całą Polskę długą i szeroką). Próbowałam też na psychologię, ale wylądowałam pod kreską, co jest o tyle gorsze niż kreska w sklepie, że tu nie da się wyjść za bardzo na prostą, długu spłacić i być na powrót klientem przybytku. Wtedy bycie pod kreską przy naborze mogło dawać nadzieję tylko tym, co prawie tę kreskę wciągali, niuchali i byli tuż tuż pod spodem – bo nad nią było kilka osób, które dostały się na wiele kierunków i nie mogły wciągnąć wszystkiego same, więc musiały odstąpić to wygrzane miejsce okupione litrami krwawicy. Bitwa była z góry przegrana, bo ilość takich – dajmy na to – psychologów, którzy później opuścili mury szacownych uczelni sięgnęła kilku pierdyliardów i marzenia o dobrze płatnej posadzie obróciły się wniwecz. Ja skorzystałam z bramki numer 2, planu B, zapasowego klucza – poszłam na dziennikarstwo. Dobrze się bawiłam, podobnie jak na slawistyce, która w planie nie była w ogóle, a jednak skończona, dyplomy, ukłony, szczypta soli przez lewe ramię i trzy zdrowaśki.
Czy robię to, co myślałam, że będę robiła? To zależy jak daleko w przeszłość chcecie zabrnąć – mała Martusia chciała być paleontologiem i wykopywać kości tych wszystkich brontozaurów, ichtiozaurów i im podobnych. Bardzo fascynujące były dla niej też minerały – agaty, jaspisy, fluoryty, malachity zamknięte w formy geod, kryształów innych cudów nie miały przed nią tajemnic. Serio, patrzcie:

____by_maua_czarna-d49wu4u malachite_by_maua_czarna-d49wms6 geode_ii_by_maua_czarna-d49wupxgypsum_by_maua_czarna-d49wm3k

Starsza Marta myślała o sobie jako o chirurgu, zaraz później zafascynowała ją anatomopatologia i znowu te kości – nie wiem skąd zamiłowanie do martwej natury. Nawet wspomnianą maturę zdawałam z biologii i zadania o świerszczu i głośniku nie zapomnę do końca życia, ktoś ostro nurzał się w oparach absurdu wymyślając takie bzdury. Lubiłam też rysować i śpiewać, raczej bez specjalnego pożytku dla otoczenia.

Marzenia sobie, plany sobie, wykształcenie sobie też. Jestem korektorką (ale jeszcze nie spróbowałam swoich sił w wymarzonym wydawnictwie), zdarza mi się coś przetłumaczyć, po drodze trafiła się przygoda z copywritingiem, otarłam się o wydawnictwo na P., a poza tym jestem koordynatorem projektu w firmie consultingowej. No i chyba jestę blogerę, skorośmy się tu wszyscy zebrali. Czyli nieco odbiegliśmy jakby od skamielin, szczątków ludzkich i zwierzęcych. I z rozmów ze znajomymi tak mi jakoś wynika, że wszyscy niemal odbiegli i te plany zostania księżniczką albo kowbojem jakoś nie wypaliły, damn.
Wychodzi też na to, że każde dziecko chciało po prostu zostać dorosłym – księżniczka to też dorosła baba, może trochę infantylna z tymi kokardami, kokami i brokatem, ale jednak baba. Kowboj to już w ogóle – ale ja tu nie chce scen przemocy, a poza tym nie jest w samo południe, także figa z makiem pasternakiem.

Chciałabym, żeby Dziecko pragnęło być dzieckiem, a nie dążyło do dorosłości przy sztaludze, w warsztacie samochodowym albo na stołku prezesa, a nawet jako księżniczka.
Wiecie już, że pielęgnuję w sobie zachwyt drobiazgami i będę go tego uczyć, bo to jedyna blizna po dzieciństwie, jaka w nas zostaje i trzeba ją nosić z dumą.

Ilustracja gówna postu stąd

2 myśli w temacie “Dorosłe dzieci

  1. Paulina ( dziewczynka z rudą grzywką z bloku obok ;) pisze:

    Wciągająca lekkość.. przyjemnie się czyta, ot tak jednym tchem. Marzenia z dzieciństwa rozbijają się o ścianę w dorosłym życiu – niestety albo i na szczęście ;D Poprowadziłam dziś drugą proekologiczną lekcję z sześciolatkami… mózg mi się wtopił w kręgosłup, czuję się pożarta i wypluta. Jak te maluchy gadają…jedno przez drugie, włażą we wszystkie kąty w klasie. Tłuką pisanki ( dobrze, że wpadłam na pomysł i jednak ugotowałam jajka na twardo), wyciskają ciasto między paluchami, płaczą o potargane uszko zajączka. Na koniec wręczają zajączka z papieru ( zrobiłam specjalnie dla Pani na świetlicy ale Kuba mi popluł sokiem). Wniosek : chyba nie mogę ogarniać tego zbyt często i szukam dalej szczęścia. Jednak chciałoby się chociaż jeden dzień w życiu być znowu tak beztroskim brzdącem…

    Polubienie

    • niestworzonehistorie pisze:

      Cieszę się, że tekst Ci się podoba – i znowu potwierdzasz to, co napisałam.
      Na pewno musimy się starać uchronić nasze dzieci przed skokiem w źle pojmowaną dorosłość i zmieleniem przez trybiki oczekiwań.
      Jeśli chcą dokonać wyborów, które przez niektórych są uważane za nieżyciowe (Malarz? Każdy może paćkać farbą po płótnie, nic trudnego! Mechanik? Nawet mnie nie rozśmieszaj – przecież niczego się nie dorobi… Sprzedawczyni? Pracownik biurowy? Rzeźbiarz? Baletnica? Źle, źle, źle!), to niech to robią i będą szczęśliwe – nikomu nic do tego 🙂
      Niedługo Dzień Dziecka – chyba czas pomyśleć o sobie 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s