Ciota na cenzurowanym

Muszę się Wam do czegoś przyznać, uzewnętrznić się trochę, rąbka tajemnicy uchylić. Jestem uzależniona, w sumie nie sądzę, żebym kiedyś zdołała się wyleczyć.

Z resztą, jak wyobrażę sobie terapię, i że się tłumaczę, wywinąć próbuję jakoś z tego całego ambarasu… Ciekawe, co powiedziałby taki doktor od głowy (bo tu trzeba leczyć głowę, zdecydowanie)? „Proszę nie wąchać więcej, spoglądać również zakazanym jest surowo”? A może takie zalecenie by mu się zalęgło „Spalić wszystko, natychmiast – inaczej nie ma ratunku”? Albo „Należy sprzedać innym, żeby ulżyć współuzależnionym – Małżowi, Dziecku, Suce”? Nie do zaakceptowania, niehumanitarne, niepoprawne. Nie ma wyjścia, całe życie będę ćpać książki. Kupować nie na działki małe, mizerne, oszukane. Kupować na kilogramy z dostawą do domu. Szukać najlepszego dilera, co na mieście ludzie o nim szeptajo, że uczciwym jest i prawym, nie oszukuje, daje rabaty, zniżki, promocje, pakiety, lojalnościowe programy, przeceny na święta, żeby świętować Dzień Kobiet, majówkę, zajączka, Dzień Książki, dzień powszedni, czynne pn-nd, całą dobę. Ale kusi zły diler, namawia do złego, zachęca do uszczuplania i tak już wątłych zasobów. -60% na wszystkie dragi z naszej dziupli! Kup 3 kilo, kilogram gratis! Promocja tygodnia – zniżki na pierdyliard książek! Tylko teraz! Kup! KUP! I dlatego przyjechała do mnie kolejna paczka, dlatego niedawno musieliśmy z Małżem dokupić regał, dlatego nawet tam nie ma już miejsca i układać można tylko w górę.

Jak możecie sobie wyobrazić, wiele (bardzo wiele) książek musi odczekać w kolejce, zanim oddam się lekturze. Tak samo było z „Lubiewem” – najpierw przeczytałam „Margot”, pogrzebałam trochę w „Drwalu” i wtedy stwierdziłam, że Witkowski Michał zręcznie operuje klawiaturą i w dodatku trafia w mój gust. Dlatego kupiłam od dilera „Lubiewo” i „Drwala”, a później w promocji w sieci na B – „Zbrodniarza i dziewczynę” (gwoli ścisłości: koniecznie musiały pasować do siebie wydaniem i ładnie prezentować się na półce – to taka część uzależnienia, że ładnie ustawione, seriami co na grzbietach łączą się w obrazek, literaturą polską, zagraniczną, a jak Murakami, to cały w twardej, a jak brakuje pierwszego tomu „Pana Lodowego Ogrodu”, bo się dostało z wydawnictwa bez niego, to trzeba dokupić pasujący itd. i żadnych pocketów, bo to jak picie małego piwa i to jeszcze z sokiem. I przez słomkę). Nie wierzę, że nie dotarłam jeszcze do sedna, ale chyba zbliżamy się do tego momentu. Już: swojej kolei w kolejce i momentu, kiedy losu mojego koleje splotły się z nią, doczekała się książka Witkowskiego – „Lubiewo”. W czasie, kiedy ją kupiłam i wcześniej, a także teraz i na wieki wieków odbiór tej książki jest ze wszech miar pozytywny. Jeśli kogoś to zdanie nie przekonuje, a czuje się w obowiązku zgłębić wiedzę, niechże sięgnie owa osoba do informacji o ilości tłumaczeń, nominacji & nagród, adaptacji we wszelakich formach – od sztuki teatralnej po komiks. Wniosek: ludzie lubią „Lubiewo” i łakną go jak kania dżdżu. Dlaczego? Tego nie rozumiem.
Teraz pewnie obrońcy owego dzieła powiedzą: dziewczę ze wsi jest zapyziałej, na świecie i nowoczesności nie zna się, z ludźmi prostymi obcując samo prostym jest i zdania swojego wyrażać nie powinno. No to niech myślą sobie, co chcą – o tych kurach, poletku i sielskiej atmosferze. W czasach, których nie pamiętają najstarsi filozofowie, zanim zamieszkałam na wsi wśród ptactwa i pól, napisałam pracę dyplomową z zakresu LGBT; była tam i polemika z Boczkowskim, coś o Akcji Hiacynt, „Najszczęśliwszych gejach pod słońcem”, marketingu LGBT i takich tam. Czyli merytorycznie raczej wszystko się zgadza. Ogólnie więc ten trop z kurami był zły i chociaż podobno internauci nie mogą się wypowiadać, recenzować i oceniać, to jednak napiszę coś, cokolwiek. Oczekiwałam ciekawie podanej książki, pisanej z perspektywy Michaśki, że może dowiem się czegoś nowego, nieznanego zaznam i uśmiechnę się, może nawet sobie zarechoczę. Że niby wiecie, w taką podróż się udam literacką (bo to „Atlas ciot polskich”). No i chyba pojechałam do Ciechocinka czy innego Pcimia, bo wiało tym… nudą wiało. Rozśmieszył mnie li tylko fragment o wszach łonowych, bo opis był nerwowo plastyczny i – po prostu – bez nadęcia zabawny.

„Ale oto przyglądam się bliżej włosom, lampę nawet ze stolika, co przy niej mądre jakie księgi czytam, przykładam, i co widzę! Białe i czarne jakieś kuleczki malutkie, proszek prawie na włosach łonowych moich, w moim łonie! Łonie wcale nie Matki ani nie Ojczyzny, tylko własnym, opalonym. Proszek, nie daj Boże, weszki! Weszki mnie dopadły, trzeba wszystko ściąć, wygolić, wydepilować! Spalić majtki czy nie palić? Zaraz, zaraz, gdzie one są, aha – w kąt rzucone. Wyprać? Utopią się kurwy, czy są wodoodporne? A spodnie? A włosy na głowie? Czy aby mi się nie przeniosą? Czy dotykałem? No to teraz już wiadomo, czemu te wszystkie kurwy poznańskie takie powygalane! Patrzę – wszędzie pełno tych włosów ściętych, teraz przeklętych! I zaczyna się nerwica natręctw! Wszędzie widzę włosy i wszy, wszystko, czego dotknę – zarażone mi się wydaje.” (Fragment rozdziału „Fryz intim”)

Aha. Pieniędzy wydanych na „Lubiewo” nie żałuję w ogóle, co może się wydawać dziwne w kontekście mojego odbioru tej książki. Ale nie powinno już wydawać się tak dziwne wtedy, kiedy dowiecie się, że skorzystałam ze zniżki u dilera. Weltbild miał wtedy 90% obniżki i ludzie bili się jak o klapki w Lidlu i o karpia w Realu (nie wierzę, że jest ktokolwiek, kto tego nie widział, ale wstawię pod spodem – może zdarzy się ktoś nowy w internetach). Także jakbyście mieli ochotę też być opóźnieni i przeczytać sobie zgrabnie napisaną książkę o niczym – to właśnie ona.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s