Jedną nogą na blogu

Właściwie dlaczegóż by nie zacząć od końca, to znaczy od kuchni? W sumie, to Wy, ludkowie, wchodzicie do mnie na bloga – trochę jakby do domu, trochę jakby nie-przez-próg, nie zdążyłam poodkurzać. Dlaczego ja mam się przedstawiać gościom własnym, osobistym, co ich przywiodła ciekawość, licho albo fejsbuk? No to jak już jesteście, powiem Wam, że miały być dzisiaj cuda na kiju – w końcu pierwsze pisanie, pierwsze czytanie, pierwsze wrażenie. No ale zamiast tego jest bez kija nie podchodź, ale nie tak bez powodu całkiem, nie tak całkiem.

Otóż popadłam w chorobę (o gardło się rozchodzi bolące) kilka dni temu. Zażywałam nawet leki w ilościach zbyt dużych i z jakąś taką dręczącą regularnością. No, bo chodziło o sobotę, o dzisiaj ten dzień, co już się ma ku końcowi. Z Małżem zakupiliśmy bilety na koncert, ustalone wszystko od czasu zaprzeszłego, to nie wypada się tak po prostu rozchorować i zalec. Także wieczorem już drapało jakby mniej, dopomogłam bożole nuwo i jakoś poszło, a właściwie przeszło. Jednak w nocy obudził nas ryk małego tyranozaura, który tymczasowo zamieszkuje łóżko obok naszego łóżka. I to już było jasne, rozjaśniło się mimo mroku nocy: koncert przepadł, bo dopadła jakaś niemoc, choroba, temperatura, płacz i zgrzytanie zębów (naszych, Dziecko nie posiada własnych). Ale może właśnie te ryki nieludzkie oznaczają, że moment ów nadchodzi i ząb numer jeden gdzieś się czai. Z niemożności tego, by pogować (umówmy się, że opery nie było w planie), postanowiłam pogotować. Szybko, tak trochę, żeby zrobić i się nie narobić.

Właściwie przepisu na obiad nie mogę Wam zdradzić tak do końca, bo to był spontaniczny przejaw inwencji – chwyć, co masz pod ręką, coś z tego będzie. Także wyszedł kurczak w miodzie i porzeczkach w towarzystwie marchewki (tak chyba powinno się teraz nazywać dania, bo gdybym napisała, że pierś z kurczaka podsmażyłam z plasterkami marchewki, chlusnęłam porzeczkami ze słoika made in Teściowa i miodem, by zneutralizować zupełnie kwaśny smak, to chyba nie brzmiałoby tak zachęcająco. Ponieważ prawdopodobnie nie macie konszachtów z moją Teściową, a może nawet nie posiadacie zupełnie żadnej teściowej pod ręką, świeże porzeczki też się nadadzą – choć teraz może być o nie ciężko.
11

Walcząc z drapaniem uczyniłam jeszcze napój imbirowy, przez który kompletnie się wypaliłam, ale wirusy też częściowo poszły baj baj. W ramach rozgrzewki wystarczy zetrzeć korzeń imbiru na tarce o dużych oczkach, zalać wodą i pogotować przez 5 minut, dodać miodu wedle uznania (i tak będzie palić). Można wlać sobie do szklanki sok malinowy, nawet ładnie wygląda, trochę jak wnętrzności zombie. Można też przecedzić, bo inaczej śmiesznie skrzypi między zębami.
2

No i jeszcze, ale to już chyba z przekory, żeby sobie dołożyć – ciasto niepoprawne zupełnie z nazwy – m(M)urzynek, ale przepis bezczelnie wyszarpnięty z czeluści internetu, a dokładnie o, stąd. Dodałam tylko 50 gramów cukru mniej, więcej wiórków i porzeczki zamiast wiśni. Do tego polewa z kotleta i już, dość tego dobrego. Do widzenia się z Państwem.

3

Dla inspiracji kawałek muzyki z niekoncertu, bo chodzi za mną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s