Słowo na niedzielę: mieszkacie razem bez ślubu? Porażka!

Fronda nie od dziś jest źródłem najprzedniejszej rozrywki – artykuły wypełnione wydumanymi (chyba się nie pomylę jeśli powiem, że nawet dla katolików) problemami, zagrożeniami, grzechem, wstydem i bredzeniem Terlikowskich. Oni tak muszą, pewnie ktoś to nawet czyta na poważnie i się przejmuje, przeżywa, stosuje. Ostatnio trafiłam tam jednak na prawdziwą perełkę autorstwa Kasi i Tomka (a może raczej „Kasi i Tomka”, bo trudno uwierzyć, że ktoś taki istnieje?).

Tekst opowiada bajkę o tym, jak złe jest mieszkanie ze sobą przed ślubem, a bajka ta posiada dość rozbudowaną argumentację, a nawet stosowne wyliczenie wszystkich minusów. Przytoczę może, żeby nie być gołosłowną:
1. Uprawianie seksu gdy jest się razem i mieszka się wspólnie to obywatelski obowiązek. („nie sposób uwierzyć, że na chłopaka nie działa jego dziewczyna”) Nie ukrywajmy tego – każde spojrzenie, myśl – lepiej nie wspominać o przypadkowym otarciu się o siebie – to niemal zaproszenie do seksu. Oczywiście panie zachęcają, panowie ulegają – inaczej się nie liczy! No chyba nie ma opcji, by myśleć o czymś innym – jedzenie, praca, studia – who cares? Jest przecież seks… czy tam współżycie, jak chcą Kasia i Tomek.
2. Powstrzymywanie się od seksu jest niezdrowe. („poprzez ciągłe powstrzymywanie się od współżycia, poprzez ciągłe stwarzanie sytuacji kiedy podniecenie narasta i nie jest rozładowywane tylko wygaszane można nabawić się poważnej nerwicy”) Myślę teraz o wszystkich znerwicowanych ludziach (to znaczy głównie o mężczyznach, bo kobiety nie odczuwają popędu – to już Wam Fronda chyba wyjaśniła?). Jak oni jeżdżą autobusami, robią zakupy, jak uprawiają sporty, jak pracują, jedzą, śmieją się, chodzą do kina i non stop muszą się powstrzymywać od seksu! A szczególnie w kinie, bo warunki jeszcze bardziej sprzyjające niż w mieszkaniu – sąsiedzi nie widzą na bank, no i można się o siebie bez problemu otrzeć… na przykład jedząc popcorn. No już sobie za dużo nie wyobrażajcie.
3. Opinia sąsiadów na temat Twojego życia seksualnego jest bardzo ważna. („Nie wiesz co myślą Wasi sąsiedzi, nie wiesz też co myślą i mówią sąsiedzi Twoich rodziców. Pomyśleliście o tym? Bo na „złą sławę” narażacie nie tylko siebie ale i Waszych rodziców.”) Czyli tak: można kraść, ćpać, chlać i nie kłaniać się sąsiadkom, ale wszystko jest spoko, dopóki nie mieszka się z partnerem. Wtedy to już turboszatan i nikt na klatce się do Ciebie nie odezwie, sąsiadki nocami będą zaś modlić się za szybkie nawrócenie/rozstanie. Bo z pewnością wszyscy dookoła nie mają nic lepszego do roboty, niż trzymanie ręki na pulsie w kwestii Twojego życia seksualnego! Bankowo też każdy sąsiad myśli: „Niech mi tam czasem jedna z drugim nawet w nocy się na bok nie przewróci, bo jak skrzypnie łóżko, to lecę po księdza.” A tak między nami, znacie chociaż imiona wszystkich sąsiadów z klatki/ domów obok Waszego? No właśnie.
4. Nie można mieszkać razem przed ślubem, bo dopiero po ślubie robi się wszystko razem pierwszy raz.  („mieszkając razem tracicie coś bardzo ważnego – ową „pierwszość”, tajemniczość, radość wspólnego odkrywania pewnych spraw dopiero po ślubie”) No i teraz nie do końca wiem, co to są „pewne sprawy”. Ale ponieważ Fronda w innym artykule radzi otwarcie nazywać seks seksem (artykuł o spowiadaniu się ze świństw, jeśli bardzo Was to interesuje), to zakładam, że te „sprawy” go nie dotyczą. Czym więc mogą być? Może chodzi o pierwsze razem umyte talerze? Pierwszą skarpetkę rzuconą od niechcenia w kąt? Pierwszą źle wyciśniętą pastę do zębów? Za słoną zupę? Trudno powiedzieć.
5. SDM („mieszkając razem para zaczyna po pewnym czasie zachowywać się jak „stare, dobre małżeństwo”- w takim negatywnym znaczeniu. Nie ma randek, nie ma czekania na spotkanie, kwiaty też są rzadziej”). No tak, oczywiście!  To jest dopiero myśl! Nie mieszkajmy razem przed ślubem, bo zaczniemy się zachowywać jak nudziarze: tacy, którzy się znają, dzielą wspólne finanse, obowiązki, czas wolny – co za dramat! Odłóżmy to lepiej na „po ślubie”, a wtedy będzie doskonale, gdy okaże się, że on woli mieć osobne konto, a ona o świcie skacze na jednej nodze, grając Makarenę na ukulele, gdy on chce spokojnie grać w LOLa. Wtedy może zacząć się małe piekiełko, ale kto by się tym przejmował, ważne, że udało się uniknąć seksu przed ślubem.

Mam wrażenie, że ci, którzy popełnili ten tekst musieli mieć serio trudne dzieciństwo i młodość; oczywiście zakładam jeszcze opcję, że świetnie się bawili, pisząc stek bzdur kręcili się na krzesłach i podpowiadali sobie nowe pomysły, ale to chyba nie portal tego typu. Oni raczej tak na serio. Wyobraźcie sobie to:
– całe dzieciństwo rumienić się ze wstydu, kiedy koleżanka z klasy ubrała spódnicę nad kolano
– palić buraka za każdym razem, kiedy sprzedawca w sklepie popatrzy na Ciebie z uśmiechem, bo przecież to już zachęta
– podniecać się zawsze, gdy w pobliżu jest człowiek w piżamie (co te kolonie/wycieczki/namioty to ja nawet nie)
– musieć chodzić po plaży ze spuszczoną głową, żeby nie narażać się na pokusy
– walczyć z natrętnymi myślami o masturbacji, kiedy nocujemy u znajomych i ktoś poszedł pod prysznic (a co, jeśli w perspektywie mamy studia i mieszkanie w akademiku? Fak!)
– codziennie zastanawiać się, co myślą wszyscy ludzie dookoła, i czy przypadkiem nie jest to coś złego na Twój temat

No, bo przecież mieszkanie razem przed ślubem to najgorsze, co może się przytrafić młodym ludziom, nie? Będą wtedy myśleli tylko o seksie, który przesłoni im cały świat, wszystko będzie przypominało o braku spełnienia, aż w końcu wygłodniała młodzież nabawi się nerwicy, a do tego sąsiadka zgłosi ich do administracji i ksiądz wytknie palcem z ambony. Dramat. Porażka.

Mały model – jak przeżyć sesję zdjęciową dziecka?

Ciocia Ziuta, jej Zenit i Twoje zdjęcie na gryzącym kocu w kratę odeszły w niepamięć. No, może nie całkiem, bo pewnie mama ostatnio wyciągnęła z witrynki pamiętny album w Twoje 30. urodziny i znowu musiałeś prezentować światu goły tyłek płonąc z zażenowania. Czasy odrobinę się zmieniły i sesja zdjęciowa noworodka/niemowlaka też rządzi się nieco innymi zasadami. Zastanawiasz się nad uwiecznieniem przyszłego potomka, a może myślisz o sesji na roczek w prezencie dla przyjaciół? Nie no, serio schowaj ten koc i dzwoń do fotografa.
Pierwsze pytanie, jakie zadają sobie Ci, którzy chcą wystawić dziecko na tak ciężką próbę, to: czy warto? I oczywiście nie ma jednoznacznej odpowiedzi; tego, jak zachowa się dziecko nie możemy do końca przewidzieć, szczególnie jeśli mowa o sesji noworodkowej. Jeżeli natomiast wiemy, że nie mamy cierpliwości/nie lubimy przebieranek/nie powierzymy dziecka nawet na chwilę obcej osobie/nie jesteśmy elastyczni i za Chiny Ludowe się nie nagniemy i wolimy już ciocię Ziutę – najlepiej od razu sobie odpuścić. Trzeba zaznaczyć, że sesja dziecięca po prostu wymaga od rodziców nieco poświęcenia i poddania się podstawowym zasadom. Jeżeli jesteście na to gotowi i chcecie mieć piękną pamiątkę,czytajcie dalej. Przedstawię Wam to, co najważniejsze, patrząc z perspektywy rodzica. Jak musimy się przygotować w przypadku sesji noworodkowej?

* Znaleźć fotografa, którego prace nam odpowiadają i zadzwonić do niego jeszcze w czasie ciąży. Dlaczego to takie ważne? Podczas rozmowy możemy zdecydować, czy „czujemy” człowieka, czy nie do końca nam odpowiada; nikt nie odda przecież dziecka osobie, której choć minimalnie nie ufa. Telefon z wyprzedzeniem jest konieczny, by wstępnie zarezerwować termin – zainteresowanie jest duże, a na zrobienie zdjęć będziecie mieli tylko kilka dni (do 14 doby życia dziecka, wtedy jest najspokojniejsze)

* Tydzień przed sesją – zastanowić się, na jakich zdjęciach nam zależy; może mamy jakąś starą babciną grzechotkę albo swojego misia z dzieciństwa, który ma znaleźć się na zdjęciu? Może chcemy przesłać fotografowi jakieś ciekawe ujęcie, zasugerować klimat któregoś ze zdjęć? Jeśli chcemy mieć zdjęcie z dzieckiem, musimy przygotować ubrania również dla siebie – często o tym zapominamy. Najlepiej, żeby ubiór był w miarę spójny – jeśli mam ubierze sukienkę retro i opaskę, tata wystąpi w dresie z gołą klatą, a dziecko w kierpcach i góralskim kapeluszu, zdolności fotografa nie mają znaczenia: to po prostu nie może się udać. Nie ma po co przesadzać ze strojem na takiej sesji, bo najważniejszy jest mały człowiek – i tak zrobi furorę 🙂

* Dzień przed sesją – nie zapewniajmy maluchowi dodatkowych atrakcji – wizytę rodziny  wyposażonej w 100 baloników, storczyka, tort i 8 worków ubranek przełóżmy na inny termin. Niech dziecko przeżyje ten dzień zwykłym rytmem – atrakcje będą jutro.

Jeśli sesja odbędzie się u Was w domu, przygotujcie pokój według ustaleń z fotografem – wolną ścianę do ustawienia tła, miejsce na gadżety, grzałkę z dmuchawą i inne potrzebne elementy

Jeśli sesja odbędzie się w studio, już dziś spakujcie torbę z rzeczami – ubrania, pieluchy czy jedzenie musicie zabrać ze sobą. Jeśli dziecko używa smoczka do zasypiania, pamiętajcie też o nim!

* W dzień sesji – współpracujcie z fotografem i pamiętajcie, że mu zaufaliście. Niech nie przeraża Was wysoka temperatura w pokoju, po prostu miejcie zapas wody dla dziecka. To chyba najbardziej szokująca sprawa w całym tym doświadczeniu – w pokoju będzie istna sauna, tego możecie być pewni. Dlaczego? Dziecko będzie wtedy lepiej spało.
Nie wymyślajcie wielu zmian stroju, póz i wszystkiego, co widzieliście w internecie. Fotograf dobrze czuje się w określonej konwencji i obracając się w niej będzie działać sprawnie, co jest kluczowe przy tak małym dziecku. Wprowadzając zamieszanie nie osiągniecie wiele, a zdjęcia stracą z pewnością na uroku. Zaspokójcie podstawowe potrzeby dziecka, a będzie spokojne i praca nad sesją będzie milsza. Słuchajcie, czego się od Was oczekuje i bądźcie elastyczni, a efekty będziecie jeszcze dłuuuugo pokazywali każdemu, z kim się spotkacie. Nawet tym, którzy wolą koty. Albo kaktusy.

Jak musimy przygotować się w przypadku sesji roczkowej?
Tu będzie nieco inaczej – ale czy łatwiej?

* Z odpowiednim wyprzedzeniem ustalcie z fotografem termin w okolicach 1. urodzin Waszej pociechy – to nie powinno być trudne, chyba nie zapomnieliście daty? 😉 Umówcie się, jaka sesja Was interesuje – studyjna czy plenerowa? W moim odczuciu plenerowa sesja z roczniakiem, który wszystkiego chce dotknąć to wyczerpujące doświadczenie, ale równocześnie wspaniałe.
Jeśli robicie zdjęcia u tego samego fotografa, u którego wykonywaliście sesję noworodkową, przypomnijcie mu, z jakimi gadżetami/maskotkami pozowało dziecko i poproście, by je zabrał. Różnica, jaką zobaczycie po roku czasu dosłownie Was zmiecie – spójrzcie na zdjęcia Tymona na tratwie,w balii i w korytku – tak, to te same sprzęty 😉 Rodzice też ci sami 😉
Godzina, jaką ustalicie, musi być dopasowana do trybu życia dziecka – najlepiej po przebudzeniu i śniadaniu, dziecko będzie wtedy miało najlepszy humor i najłatwiej będzie się z nim współpracowało. Unikniecie także upałów, jeśli zdecydowaliście się na plener.

* Dzień przed sesją spakujcie rzeczy – od smoczka, przez jedzenie, po ubranka – wszystko, czego dziecko będzie potrzebowało. Zabierzcie też jego ulubione zabawki czy piosenki nagrane na tablecie – przydadzą się, by zwrócić uwagę dziecka na fotografa (czasami krzyki: Halo, Aniu! Michałku, mamusia tu jeeest! zupełnie na nic się nie zdają, bo przegrywacie z trawą, kwiatkami i ciekawym kocykiem). Nie zapomnijcie też o mokrych chusteczkach – gwarantuję Wam, że dziecko chętnie pogrzebie w ziemi, zerwie kilka kwiatków i ubłoci sobie stopy.

* W dzień sesji – bawcie się dobrze i bądźcie czujni – będziecie musieli działać jeszcze szybciej, niż w przypadku noworodka. Dziecko nie potrafi na długo skupić uwagi, większość dzieci nie chce też siedzieć w miejscu. Będziecie musieli mocno się nagimnastykować, żeby maluch był zadowolony. W pierwszej części sesji może podziałać rozśmieszanie go, wołanie, skłanianie by wykonywał znane sobie gesty (brawo, pokazywanie języka). Gdy będzie już zmęczony i rozkojarzony, możecie dać mu ulubioną zabawkę albo chrupkę – chyba wszyscy znamy te metody 🙂

Poniżej przedstawiam Wam efekty naszych dwóch sesji: gdy T. miał 9 dni oraz gdy miał rok. Zdjęcia wykonała Sylwia z FotoTime


001mini001mmini

003mini 003mmini

006mini 007

002mini 002mmini

004mini 004mmini008mini009

5 powodów, dla których nie powinniście nigdy jechać do Rumunii

Beznadziejne drogi, wszechobecne furmanki, Cyganie czyhający na każdym rogu, szczerząc złote zęby na myśl o zawartości naszych kieszeni. Nic ciekawego, bieda aż piszczy, a jeśli już się wybierać, to chyba na objazd, żeby zakopać się w hotelu i dreptać za przewodnikiem bezpiecznymi szlakami. Kto nas śledzi, ten wie – byliśmy na wakacjach w Rumunii. Była dla nas wielką niewiadomą: czytaliśmy nieco w Internecie, mamy przewodnik, kilka opinii znajomych osób, które już odwiedziły kraj Drakuli. To niewiele, bo jak się okazuje wyobrażenia i opisy nie dorównują w żaden sposób temu, co czekało na nas na miejscu. My już to wiemy, a teraz Wy dowiedzcie się, dlaczego nie powinniście odwiedzać Rumunii.

1. Beznadziejne drogi

Narzekamy na nasze, polskie, usiane dziurami, dziurzyskami, łatami i koleinami malowniczo rozsianymi po ich powierzchni. Po wyjeździe do Rumunii humor powinien nam się nieco poprawić, kompleksy zostaną uleczone raz na zawsze. Nasze auto przeżyło, jednak polecamy uzbroić się w duże pokłady cierpliwości i przygotować się na wszystko – remonty, ciężki sprzęt, szutrowe dróżki, wąskie przejazdy, drogowców, dziury wielkości całego chyba kosmosu… Po prostu bądźcie gotowi na wszystko, a wtedy przynajmniej nie będziecie się czuli rozczarowani tym, że podróż:

a) trwa dłużej, niż założyliście – właściwie tak długo, że nie wiecie już dokąd jechaliście
b) wytrzęsła z Was cały entuzjazm
c) naraziła Was na straty, bo musieliście naprawić samochód już po kilkudziesięciu kilometrach
DSC094731

2. Furmanki

Drugi powód związany jest bezpośrednio z drogami, ale jest to taki fenomen, że po prostu zasługuje na osobny punkt. F jak fenomen i f jak furmanka. Chciałoby się rzec: fszędzie. Nie dość, że zasuwacie po dziurach (zasuwacie, hehe, taaaa), to jeszcze nie możecie wyprzedzić 3745 furmanek na wąskiej, beznadziejnej drodze. Wdychacie więc zapach wsi, bo tak blisko konia nie byliście od 1990 roku i wakacji u babci, z przymusu podziwiacie podobne do siebie krajobrazy, bo i tak jedziecie na tyle wolno, że w sumie moglibyście iść piechotą. Liczbę furmanek, które widzieliśmy przez ten tydzień podałam oczywiście w przybliżeniu, jednak jestem praktycznie pewna, że było ich więcej. DSC088141

3. Nieszczególna kuchnia

Nie wiem jak Wy, ale my jadąc za granicę zawsze stołujemy się w lokalnych knajpach, albo – rzecz jasna – u gospodarza, jeśli mamy okazję być goszczeni. Tym razem nie mieliśmy takiej okazji (o niegościnności Rumunów osobny podpunkt poniżej), więc pozostały knajpy, sklepy, budy i kramy. Jedzenie jest jedną z największych przyjemności w takiej podróży, byliśmy więc minimalnie rozczarowani: wszędzie mamałyga, która smakuje jak jakieś papu dla dzidziusiów. Piwko w miarę ok, ale oczywiście pijaliśmy lepsze. Nie wiem w sumie czym wypełnić ten podpunkt, bo najlepsze, co jedliśmy przez cały wyjazd to mielonka krakowska z dwudniowym chlebem, jajka, pomidory i kotlety zabrane z domu. A na miejscu salwowaliśmy się ucieczką do marketu. DSC078791

4. Ludzie

O Polakach mówi się m.in., że są gościnni i to prawda: kiedy przyniesiesz flaszkę, serca się otwierają. Z Rumunami jest nieco inaczej… Byliśmy przygotowani na każdą ewentualność, wioząc w bagażniku tonę cukierków i morze wódki. Przydały się, i owszem. Szkoda tylko, że nasze zapasy wyczerpały się już w pierwszy dzień, bo każdy wyciągał rękę po nagrodę za prawidłową odpowiedź w grze: Dokąd teraz, panie? Poza tym natężenie Cyganów na metr kwadratowy jest tak duże, że szkoda gadać. Wiadomo, w końcu to Rumunia. DSC094511

5. Nic cieeekaaaawegoo [zieew]

No i to jest największa bolączka naszej wycieczki: nie zobaczyliśmy w sumie nic ciekawego… Spodziewaliśmy się, że liźniemy trochę kraju, o którym mamy blade pojęcie, i w którym nasza noga dotychczas nie postała. Liznęliśmy, tylko nie smakowało nam po prostu. Takie same miasta, w ogóle wszystko podobne do siebie tak, że trzeba uważać, żeby nie jeździć w kółko. Zero infrastruktury, atrakcji tyle, co prawdy w opowiastkach o Drakuli. Moglibyśmy jakoś przełknąć niespecjalne jedzenie, pogodzić się z tym, że auto wymaga naprawy po zaledwie tygodniu zwiedzania, a Rumuni są, jacy są. Ale jeśli zrobiliśmy te „kilka” kilometrów, a na miejscu nic nas nie zachwyciło, to lekka lipa można rzec. Co ta Rumunia, to ja nawet nie.  Zdjęcia poglądowego brak, bo żadne z naszych zdjęć nie pokazuje nic niesamowitego, nie robi szału, nie urywa dupy.

A teraz najważniejsze: jeżeli uwierzyliście w cokolwiek, co tu napisałam, właśnie śmieje się z Was szalony, transylwański lew spod zamku Peles. Zdecydowałam się na ten tekst, bo jedno jest pewne – Polacy lubią narzekać i koloryzować – dlatego wyobrażenia wielu osób o tym, jak też może być w Rumunii kończą się na złych drogach, tabunach Cyganów, Drakuli i pewnym niepokoju. Zupełnie niepotrzebnie. My też słyszeliśmy takie opowieści przed wyjazdem, a teraz śmiało mogę je włożyć między bajki. Relację z Rumunii podzielę z pewnością na kilka mniejszych postów, żebyście mogli nieco się jej przyjrzeć i zweryfikować to, co myśleliście na temat tego pięknego i wyjątkowego kraju. Póki co napiszę tylko, że bardzo chcemy tam wrócić, zostało sporo do zwiedzenia.

A dla naiwnych i poddających się stereotypom – lew z Peles. DSC083701

Psi apel, czyli dlaczego mój pies ma gips na łapie

Ludzie drodzy!

Zebraliście się tu dzisiaj, żeby przeczytać mój apel. Jestem psem, a właściwie suką – Tekilą (wiek nieokreślony). Dwa lata temu pańciowie przygarnęli mnie ze schroniska i chociaż na początku trudno było się dogadać (nie mogli zrozumieć, że pożeranie drzwi i gryzienie ich rzeczy to świetna zabawa), to teraz nawet nieźle nam się żyje. Mamy umowę – ja nie muszę zaglądać do wnętrza każdej napotkanej rzeczy, ani jej zjadać, oni pozwalają mi siedzieć na kanapie i pobiegać po trawce. Marzę jeszcze o spaniu w ich łóżku, ale niestety muszę to robić w tajemnicy, kiedy ich nie ma. Moje plany i marzenia póki co muszą jednak zejść na drugi plan – nie będę spała w ich łóżku, nie mogę siedzieć na kanapie, nie mogę się bawić, przynosić patyków, robić sztuczek. Póki co nawet nie chodzę, a do tego czuję ciągły ból. Dlaczego? Bo jakiś skurwysyn wyrzucił w trawę butelkę (tak mówią pańciowie, ja się nie znam).
Najpierw w ogóle nic nie czułam, cieszyłam się ze spaceru, wiecie jak to jest – trawa, trawa, trawa, pańcio, trawa, siku, patyk, inni pieskowie, biegać, biegać, biegać… No może nie wiecie, mniejsza o to. Dopiero w domu poczułam, że coś jest nie tak, bo pańciowie zamiast mnie głaskać i tulić oglądali moją łapę i byli smutni. Później pojechaliśmy do weterynarza – nie lubię tam być, bo wszyscy są przerażeni i poza tym nie chce już kroplówek. Tak myślałam wtedy. Ale po operacji, którą dzisiaj przeszłam, wolałabym same kroplówki. Zamiast tego mam rozciętą łapę, rozcięte ścięgno, gips na 2 tygodnie i kołnierz (nie, pańcia nie kupiła nowego gustownego abażuru, to dla mnie), a do tego nie mogę wstać, ani zjeść kolacji. Jest mi bardzo smutno, a pańciowie są przygnębieni, bo pewnie znowu zrobiłam coś źle. Musicie wyrzucać swoje śmieci gdzie popadnie? Łapy opadają.

Mi też wszystko opadło. Zwłaszcza kąciki ust. A teraz zastanawiam się – co dalej. Złożyć skargę? Jeśli tak, to gdzie, do kogo, jak udowodnić, że w tym właśnie miejscu leżała feralna butelka? Że z jej powodu mój pies jest kaleką? Zorganizować akcję sprzątania u nas na wsi? Czy kogoś to interesuje? Czy ktoś podziela moje wkurwienie o brak śmietników (tu na serio praktycznie ich nie ma – no może pod kościołem jakiś jeden)? Czy ktoś posłuchałby obcej laski, która nawet nie jest stąd, a w ogóle to walić to, bo psy szczają tylko na trawniki. Czy lepiej czekać, aż jakieś dziecko zostanie kaleką przez czyjś debilizm i niechęć do działania pozostałych.

Ja nie boję się ośmieszenia, że to głupia inicjatywa.
Boję się rozczarowania, które przyjdzie gdy okaże się, że ludzie tak rzeczywiście myślą.

Rodzicu, rusz dupę!

Jakiś czas temu wspominałam Wam, że powstaje post o aktywności fizycznej. U nas jednak ostatnie tygodnie są bardzo intensywne – biegi, wycieczki, spotkania towarzyskie, powrót do pracy, przygotowania do żłobka, wakacyjnych wojaży. Jak widzicie, nie mogę narzekać na nudę :). Temat jednak wraca do mnie jak bumerang, a Dziecko chyba specjalnie ulubiło sobie na przykład piosenkę o ruchu z prehistorycznych czasów mojego dzieciństwa.

Właściwie przemyślenia na ten temat klują się w mojej głowie już dawno – plus minus od 3 lat, kiedy mój Małż zaczął uprawiać nordic. Później było bieganie, przez chwilę drużyna frisbee, narty biegowe, rower. Przyszła kolej na wzięcie psa ze schroniska, i to oczywiście też musiała być wariatka, która uwielbia aktywność; długie spacery i wybiegane kilometry, wywrotki na rowerze, bo kot. Nie ukrywam, że marzyliśmy o psie, który miał też dodatkowo zmusić nas do kolejnych aktywności choćby przez codzienne spacery. No i ja zaczęłam się ruszać – skromniej, ale jednak – spacery, bieganie, góry, rower i próbowanie nowych aktywności dla zabawy. A później pojawiło się dziecko. Myślicie pewnie, że to już koniec aktywnego trybu życia, z dzieckiem nic nie można, wszystkie sportowe plany i próby trzeba odłożyć w kąt? Że rekordy można wtedy pobijać li tylko w przewijaniu na czas? Że fitness tylko na mopie i przy podnoszeniu pociechy? Że bieganie czeka Was wyłącznie w pogoni za raczkującą latoroślą? Albo inaczej – nigdy nie byliście aktywni, ale teraz to już w ogóle się nie uda – tylko siąść i płakać nad paczką popcornu? No, to musicie się jeszcze sporo nauczyć. I zdziwię Was: nie tylko możecie być aktywni, ale zwyczajnie nie macie innego wyjścia.

To olśnienie nadeszło podczas niedawnego Mattoni 1/2 Maraton Olomouc, gdzie braliśmy razem udział w biegu rodzinnym (a tatko Szałas pobiegł sobie jeszcze półmaraton, a co). Czesi są dużo aktywniejsi od Polaków, choć wiadomo, że i u nas jest coraz lepiej i nie mam zamiaru narzekać. Zwyczajnie w weekend w czeskich miastach jest pustawo. No dobra, zupełnie pusto…


…bo ich mieszkańcy aktywnie spędzają czas. I nie mam na myśli wyjazdu z dziećmi do zoo, żeby one pokręciły się wokół wybiegu świnek morskich, a rodzice nażłopali się browara. U nas też w miastach bywa pusto, zwłaszcza popołudniami i weekendami, bo podobno dalej wieje kryzysem i galerie handlowe pękają w szwach. Ale zostawmy takie wycieczki tym, którzy nie mają dziatwy albo już ją odchowali.

Jeśli masz mniejsze dziecko, to – jak wspominałam – musisz być aktywny. Dalej zastanawiasz się dlaczego? Bo dajesz mu przykład. Aktywny tryb życia nie tylko nauczy je dbałości o swoje zdrowie – widząc aktywnych, zdrowych rodziców, nie będzie się dziwiło jak i po co ci ludzie za oknem biegają, zamiast wpieprzać pączki. Aktywność będzie dla dziecka czymś naturalnym i to jedna z lepszych rzeczy, jakie możemy dla niego zrobić – nie pokazywać, że tylko komputer czy inna konsola,telefon i siedzenie w domu to dobry wybór, bo tak nie jest. Niezależnie od tego czy lubicie zwiedzać, biegać, godzinami spacerować, jeździć na rolkach, na rowerze, pływać, penetrować górskie szlaki – wszystko to możecie robić mając małe dziecko. Nam pomógł wózek Thule, który genialnie sprawdza się przy rowerze, a także X-lander, dzięki któremu możemy biegać. Jeśli macie ochotę na taki zakup, ale uważacie, że to duży wydatek, poszukajcie alternatyw – zapewne również się sprawdzą. Uwaga tylko na bezpieczeństwo! Bywają np. wózki rowerowe, które nie mają bocznych zabezpieczeń (!) i dziecko może wkręcić paluszek w szprychy.

Róbcie wszystko, żeby maluch wiedział, że aktywność to naturalny stan, a nie konieczność, wysiłek, zło, pot, krew i łzy. Dziecko nauczone takich wartości będzie śmielej szło przez życie, nauczone jak to jest być w ruchu, przewrócić się, wstać, wytrzeć kolana i iść dalej 🙂

Macie kilka migawek, na których widać tatkowe wyczyny, nasze wspólne wycieczki i aktywności z ostatnich 6 miesięcy. W zdrowym ciele zdrowy duch, czy jakoś tak 🙂

14

15

16

17

18

19

20

21

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

Dlaczego mój Tata jest najlepszy?

Miał być post o aktywności fizycznej, ale on dzisiaj nie jest taki ważny – na migawki możecie pogapić się kiedykolwiek. Dzisiaj jest Dzień Ojca, Dzień Taty. Zastanawialiście się kiedyś, co zawdzięczacie Mamie? Pewnie tak – w końcu to człowiek, od którego byliście zależni, i który w kółko musiał wysłuchiwać Waszego pitolenia „mamamamamamama” i pocierać szanowną pupę. A co z Tatą?

Kiedy byłam dzieciakiem, przemierzaliśmy świat pomarańczowym maluchem – Mama, ja i on – mój Tata. Dzięki niemu zobaczyliśmy kawałek świata, bo to on dzierżył w dłoni prawo jazdy i grzecznie robił za szofera. Dlatego w wakacje pakowaliśmy do samochodu namiot, ubrania, śpiwory, karimaty, jajka, pomidory, kanapki z kotletami, margarynę (choć jedzenie to – oczywiście – domena Mamy) i wyruszaliśmy na podbój świata. Niestraszne nam były bieszczadzkie wertepy ani kaszubskie zakrętasy. Pieszo też zwiedzaliśmy sporo, szczególnie w górach – Tata dzielnie taszczył najcięższe rzeczy, żebyśmy w ogóle doczłapali na szczyt. No i odnowiliśmy w sobie tę pasję kiedy miałam naście lat, już Wam o tym pisałam.

Będąc małym dzieckiem i do tego dzieckiem chorym też mogłam liczyć na Tatę. Mama musiała zasuwać do pracy, a on brał wolne i bohatersko czekał ze mną w niekończących się kolejkach, wykupował kilogramy leków, kiedy ja przestępowałam z nogi na nogę ziewając z nudów. Zabierał mnie do wypożyczalni kaset wideo (!) i włączał w domu bajki do woli, żeby chore biedactwo nie myślało o swojej niedoli :).

Tata zawsze był dobrym policjantem – pozwalał na więcej, przymykał oko na moje wybryki, prosił Mamę, żeby na coś się zgodziła, rozpieszczał i spełniał zachcianki (to taka gierka – rodzice wchodzą przed dzieckiem w role dobrego i złego policjanta, by w dorosłym życiu uświadomić je, że wszystkie kwestie uzgadniali wspólnie za jego plecami). I robi to do dziś – nie znam innego człowieka, który jest w stanie podwieźć słoik miodu i tabletki chorej córce. Przyjechać po nią nad ranem na wesele bez marudzenia. Wyprowadzić jej okropnie narwanego, szczekającego psa. Biec rano po świeży chlebek, bo ten sprzed kilku godzin nie jest już taki dobry. Zrobić tonę zakupów, żeby nie padła z głodu, kiedy wróci co siebie do domu. Zadzwonić, że nadciąga burza z gradobiciem i ostrzec, żebyśmy nie wychodzili z Tymonem na spacer. Akceptować niemal wszystkie odpały i bezwarunkowo kochać. Fajnie mieć takiego tatę, Tato!

Myślę, że Tymon powie za kilka lat coś podobnego i podziękuje Tacie Szałasowi za pokazywanie świata, cierpliwość, rozbawianie do łez, robienie kanapek, silne ramiona, które unoszą go do góry, kąpiele które kocha ponad wszystko, zaszczepienie w nim sportowego ducha od pierwszych miesięcy… A kto wie, za co jeszcze – bo przecież mają siebie dopiero od roku 🙂

Za co Wy dziękujecie swojemu Tacie, za co go cenicie?

W bonusie łapcie 5 artykułów, które można znaleźć w dzisiejszych internetach, zdominowanych przez płeć brzydką, a w dodatku dzieciatą:

1. W czym ojcowie są lepsi od matek? – niezawodna Mataja
2. Najlepsi i najgorsi ojcowie w historii kina – TOP 10 – Stopklatka i mój ukochany Jack Nicholson na tapecie
3. 20 rockowych utworów na Dzień Taty – Antyradio dziś rockuje po ojcowsku
4. Konkurs #dumnytata – jak pamiętacie, my wygraliśmy w konkursie #dumnamama – teraz czas na Tatusiów!
5. Kto to jest tata? – Trójka

Naród oszustów

Dzisiaj wyciekła z SGH wiadomość o studencie, który zgłosił, że jego koleżanka ściąga podczas egzaminu. Rozgorzała dyskusja – cwaniak i kapuś czy idealista i uczciwy człowiek?

Próby koloryzowania rzeczywistości zaczynamy dość wcześnie. U każdego z nas coś się kiedyś samo stłukło, samo zgubiło, samo zniszczyło. Niejeden tłumaczył, że to nie on zaczął, pewnie wielu z Was też jak mantrę powtarzało: „Nie bawię się z Wami!”, a jak się dłużej zastanowić, to nikt nie przepadał za tym dzieciakiem, który ze wszystkimi problemami wszechświata uderzał do nauczycielki i przez niego zawsze było się u pani. Czyli w zasadzie od dziecka mamy dwa obozy – kłamczuszków, a po drugiej stronie boiska – skarżypytów. Małe kłamczuszki i kłamczuszkowie nigdy nie są niczemu winni, a zeszyt z zadaniem domowym akurat dzisiaj rano zjadł im poczciwy Burek (przysięgam!). Skarżypyciątka czekają z kolei na okazję, kiedy ich oczom ukaże się coś niedozwolonego i dawaj z informacjami prościutko do Pani. Dlaczego mało jest dzieci – a w konsekwencji dorosłych, którzy nie mają potrzeby ściemniać, by osiągnąć określone korzyści? Czemu niewielu dorosłych potrafi się też zająć własnym życiem, zamiast cały czas patrzeć na ręce innym? Bo tego nauczyli ich rodzice.

Każdemu z nas oczy niejednokrotnie wychodziły z orbit, gdy rodzice pomagali dziecku w jakimś idiotycznym procederze, który nieodłącznie wiązał się z cwaniactwem. Albo przynajmniej nie przeszkadzali. A najchętniej świecił jeszcze przykładem dumny jak paw, że pokazał dziecku trochę świata, niech się młody uczy. Rodzice karmiący niedźwiedzia w zoo drożdżówką i zachęcający do tego dzieci? Rodzice wpychający się na Ciebie w markecie, jakby przesunięcie się o centymetr miało ich zbliżyć do zbawienia? Przeklejający etykietę z grejfrutów na pomarańcze po zważeniu, bo taniej? Podjadający owoce i czekoladki na wagę? Niekasujący biletu, bo blisko? Nieoddający książek do biblioteki, chociaż ktoś czeka w kolejce od miliona lat? Rodzice obgadujący innych rodziców ze szkoły swojego dziecka? Rodzice wyśmiewający sąsiadów? Taaak. Wszędzie oszuści, krętacze i wścibskie nochale, które podniecają się życiem ludzi wokół, bo to już stało się treścią ich życia, nie zostało nic innego. A dzieci tak pięknie chłoną, jak gąbeczki, nasączone jadem, złośliwością, krętactwem i wścibstwem. Później, w szkole nie ma problemu, żeby ściągnąć pracę z internetu, przepisać zadanie na przerwie, udawać, że nie ma się butów na zmianę na wf, iść na wagary. Chyba każdemu się zdarzyło, nie?

Szkoła to szkoła – nie każdy ma ochotę tam chodzić, jest wiele ciekawszych zajęć, koledzy, komputer, później randki, dziewczyny i piwko. No i komputer. Ale studia? Ludzie! Przecież nikt nie zmusza Was, żebyście tam byli. Jedni ściągają, a inni skarżą jak małe dzieci – serio? Nic nie zmieniliście się od podstawówki? Chcesz, to ściągaj, nie kasuj tych biletów i kradnij cukierki – tylko kup koleżanko dobry podkład, żeby ukrył w razie czego rumieniec wstydu. Może ściągasz, bo dziecko nie dało Ci się uczyć, może musiałaś iść do pracy na nockę, bywa. A Ty, kolego, wykorzystaj swój czas i pisz, zamiast rozglądać się po sali i patrzeć innym w kartki. W pracy też podkablujesz szefa do dyrektora, jak wspomoże swoją prezentację informacjami z wiki? Każdy jest odpowiedzialny za to co robi i niech tak zostanie.

Ostrawa po raz drugi!

Wspominałam Wam już, że mam do Ostrawy szczególny sentyment i swoje ku temu powody. Kiedy planujemy wycieczkę sentymenty idą jednak na bok – po prostu chcemy się dobrze bawić. Chociaż nie narzekam na mieszkanie na Śląsku i uważam go za bardzo atrakcyjny region, to trzeba sobie otwarcie przyznać: ZOO w Chorzowie ssie. Nie mogę być lokalną patriotką, bo byliśmy tam niedawno, żeby podziwiać zmiany, których… brak. Będąc tam kilkanaście, kilka lat wstecz i ostatnio nie zarejestrowaliśmy nic szczególnego, co pokazałoby troskę o zwierzęta, edukacyjną rolę ZOO, dbałość o odczucia estetyczne odwiedzających… Patrząc na zmiany w Ostrawskim ZOO, a znamy je całkiem dobrze, bo Szałas pracował tam przez chwilę, można się zachwycić. W ciągu 2-3 lat powstał ogromny Pawilon Ewolucji, Pawilon Papua-Nowa Gwinea z częścią otwartą, Pawilon Amazonia, wiele miejsc, które uświadamiają dzieci co do ekologii, obiegu wody w przyrodzie, segregacji śmieci, kładka – przejście między stawami, Cmentarzysko zwierząt (symboliczne nagrobki tych, które wyginęły przez działalność człowieka), nowy budynek wejścia, a aktualnie powstaje też nowy parking i kolejne wybiegi dla zwierząt. To ZOO żyje i wybrawszy się tam choćby raz w roku z pewnością będziecie zadziwieni tym ile macie jeszcze do odkrycia. Dla nas to godzina jazdy do ciekawego miejsca dla dużych i małych, gdzie można odetchnąć, bo i lokalizacja ZOO (na wzgórzu, wśród zieleni) jest bardzo przyjemna. Jeśli macie wolny dzień, nie zastanawiajcie się i jedźcie. Nie bójcie się też, że nic nie zrozumiecie – komunikaty, tabliczki z nazwami zwierząt i ważne informacje przetłumaczone są na polski. Inwestycje są dotowane z UE: da się? Da się. Łapcie porcję zdjęć 🙂 1

2zoo2015

3zoo2015

4zoo2015

5zoo2015

6zoo2015

7zoo2015

8zoo2015

9zoo2015

10zoo2015

11zoo2015

12zoo2015

13zoo2015

14zoo2015

15zoo2015

16zoo2015

17zoo2015

18zoo2015

19zoo2015

20zoo2015

21zoo2015

22zoo2015

Nie ucz matki dzieci robić

Wczoraj rozpoczęła się kampania Fundacji Mamy i Taty, która ma promować prokreację (zgaduję, nie jestem pewna), napiętnować ciekawość świata, uwolnić mężczyzn z okowów ojcostwa, a do tego ma drugie dno, nieobecne w spocie, bo zbyt kontrowersyjne. Kto i dlaczego chce nas uczyć dzieci robić? Powinniśmy się przyzwyczaić do tego, że ludzie dookoła nas mają często wiele do powiedzenia na temat naszych wyborów. Zazwyczaj niepytani, często za plecami, bo prosto w twarz chyba nikt Ci nie wykrzyczy, że masz grubą dupę, beznadziejną pracę, a Twojego psa ma ochotę zastrzelić, bo pchlarza nienawidzi. Tym bardziej nie rozumiem i troszkę mnie śmieszy, a nieco powoduje uniesienie brwi w zdumieniu, dlaczego za takie działania zabiera się fundacja. Jaka? Fundacja Mamy i Taty, ale to już pewnie wiecie. Jeśli nie, bo spot ukazał się wczoraj, to najpierw obejrzyjcie:

No i co Wy na to? Biedaczka, nie? Ile znacie osób w takiej sytuacji? No tak, ja też żadnej. Ta kampania to absurd i bezsens w czystej postaci. Oto powody:

Po pierwsze – młoda kobieta snuje się po 300-metrowym domu i sapie, jaka ona jest biedna – bo do Tokio się najeździła, do Paryża, ojoj. Chyba zarabia też nieco ponad średnią, skoro wybudowała jakiś kosmicznie wielki dom. Tak, wybudowała sama – bo w jej życiu brak mężczyzny! No i właściwie rozwiązywałoby to sprawę – skoro sama musi się martwić o dom, karierę, obowiązki, sama też podróżuje i spędza w swoim wielkim domu wolny czas – możemy śmiało założyć, że nie ma faceta. Mężczyzny, narzeczonego, konkubenta, przyjaciela, kochanka – no nie ma. Zrobiła wszystko w swoim długim, naznaczonym męką życiu samiusieńka. Także Tokio, kawiory, Rolexy i inne zbytki chyba rzuciły jej się na mózg, bo bez kandydata na ojca sytuacja może być nieco utrudniona.

Po drugie – bohaterka kampanii nie tylko nie ma faceta, który rzewnie płakałby z nią nad niedolą przy rozpalonym kominku, podgryzając sushi. Ona w ogóle nie ma nikogo – przyjaciół, psa, kanarka, hamaka w ogrodzie. Czyli jeśli robisz karierę, ciekawi Cię świat, to pogódź się z tym, że nie ma obok Ciebie nikogo. A może to przez to nieistniejące dziecko – wszyscy już mają, nazbierali tego nie wiadomo kiedy, a ona nie ma. Siłą rzeczy nikt jej nie odwiedza, nie zaprasza na rozliczne kinderbale, trąbką urodzinową zapiszczeć nie pozwala. Dramat. Czyli mamy pracowitą, bogatą, samotną kobietę zatopioną w smutku, bo jakby miała dzieci, to nie udałaby się kariera i Paryż, a skoro dziatwy nie ma – no to w ogóle już wszyscy postawili na niej krzyżyk.

Tak szybko, jak zrobiło się głośno o tej kampanii, tak szybko sprawa ucichnie. Kampania szokuje bowiem wiele osób, ale jest stworzona kompletnie dla nikogo, a w dodatku, jeśli przyjrzymy się, jakie jest jej drugie dno – to już naprawdę można zasłabnąć z wrażenia.

Do kogo nie trafi kampania?

Do ustawionych kobiet, które nie chcą mieć dzieci, bo mają kampanię w dupie.
Do kobiet, których głównym celem nie jest posiadanie dzieci, j.w.
Do kobiet, których priorytetem jest praca i podróże itd., j.w.

Do kobiet, które nie mogą mieć dzieci, bo to kampania nie dla nich.
Do kobiet, które nie mają kasy na chomika nawet, a co tu mówić o dziecku – j.w.
Do kobiet, które nie znalazły odpowiedniego partnera życiowego – j.w.
Do kobiet, które są po rozwodzie i nie mają ochoty na bliskie spotkania z facetami – j.w.
Do kobiet, które jakoś łączą budowę domu i macierzyństwo – skubane – j.w.
Do kobiet, które są szczęśliwe bez dzieci – j.w.

Do mężczyzn – ci według kampanii nie istnieją wcale i cała odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na kobietach, także panowie – możecie odetchnąć z ulgą.

Także gratulacje, wykonaliście swoją robotę do dupy, za tydzień nikt już nie będzie o tym pamiętał. Dodatkowo tworzenie drugiego dna kampanii, o którym nie wspominacie w spocie, bo wtedy rozpętałoby się piekło, więc tchórzycie – to też słaba strategia. Drugie dno, moi mili, jest mianowicie takie, że kobiety zmniejszają swoją szansę na macierzyństwo, bo stosują antykoncepcję hormonalną. Złą, wstrętną, powodująca same choroby, sztuczną, przykrą Bogu antykoncepcję. Niedouczone, nieświadome głupie gęsi biorą i nie wiedzą, co robią, a jak się ockną – będzie już za późno na wypełnianie jedynej słusznej i społecznie akceptowalnej roli Matki Polki. Bo przecież 30 lat temu kobiety rodziły dzieci mając 20 lat, to co też teraz wyczyniają? Kariery się zachciało, studiów, podróżowania.

Nie uczcie matek i ojców dzieci robić – pilnujcie swoich majtek!

4.06 – wiedz, że coś się dzieje!

…czyli #TBT z numerem 4.

Czasami zastanawiam się, co robiłam rok, dwa, trzy temu o tej porze i oczywiście nie dochodzę do żadnych konstruktywnych wniosków, bo kto spamiętałby takie szczegóły. Trochę inaczej jest z dzisiejszą datą, bo doskonale pamiętam, co robiłam dokładnie 3, 2 lata temu i w ubiegłym roku. Jak to możliwe?

Trzy lata temu byłam w pracy i próbowałam równocześnie odpoczywać. Czym się zmęczyłam? W sumie niczym szczególnym – przecież codziennie rzucam arbuzem na odległość, pijam szato de jabol z kartonu, jeżdżę w sklepowym wózku, robię sobie ślubne selfie, tańczę do piosenki o niepokojącym tytule „Majt majt” i spotykam się z setką bliskich osób.


Ślubne tradycje i neotradycje przez nas zapoczątkowane niestety panowały tylko przez jeden dzień, następny spędziliśmy na bimbaniu. Z sielankowego nastroju niewiele zostało w poniedziałek, ale że pracowałam wtedy jako barmanka, tematycznie pozostałam myślami na weselu 🙂 Jak wyglądaliśmy 3 lata temu? Waszej uwadze polecam selfie sprzed ołtarza, które zrobił Szałas (na trzecim planie easter egg dla stałych czytelników 😀 🙂 Pozostałe zdjęcia robili Dominika i Michał.

1
DSC_0068

DSC_0071

DSC_0159

DSC_0163

DSC_0218bw

DSC_0248

DSC_0266

DSC_0277

Dwa lata temu  byłam w pracy, ale myślami już w podróży poślubnej – tak, odłożyliśmy ją o rok, bo jesteśmy nami 🙂 Dokładnie w ten dzień stało się jeszcze coś ważnego. Na wyświetlaczu zobaczyłam numer Szałasa i nie spodziewałam się niczego spektakularnego – wiecie, ile ziemniaków kupić, czy płyn do kibla dogorywa i trzeba kupić nowy, proza życia po roku małżeństwa. Tymczasem on zadzwonił z prośbą, żebym zwolniła się na chwilę z pracy (dzięki, szefie :). Okazało się, że postanowił przyspieszyć nasze plany posiadania psa i jedna urocza, cichutka, grzeczna i zalękniona dama ze schroniska ujęła go za serce. Nasz szczekliwy, niszczycielski, szatański pomiot, zwany dalej Tekilą nieco się w domu rozbrykał, ale nie wolno mi dzisiaj o tym pisać, bo to jej urodziny, rocznica naszego pierwszego spotkania! Wybaczcie jakość – robione kalkulatorem, ale podziwiajcie Tekilę w schronisku, na pierwszym spacerze, zadowoloną z pierwszej demolki i kilka dni temu jako stateczną damę ;). +2 do wieku, +5 do wagi, +100 do szczęścia 🙂
1
2
3
5

Co w takim razie robiłam rok temu? Uczyłam się obsługi Dziecka, a takie dziewięciodniowe ma kilka funkcji, które trudno ogarnąć. W efekcie pierwszej nocy nic nie było gotowe: Dziecko ryczało z głodu, my wyliśmy do księżyca, a pies przyglądał się z dezaprobatą. Bardzo chcieliśmy to wszystko uwiecznić i pomogła nam w tym Sylwia z Fototime. Szybko się ogarnęliśmy i oczywiście na zdjęciach wszystko pięknie i  ładnie, ale nieśpiący Tymon, brak baterii, Tekila czatująca pod drzwiami i Sylwia, która nie zdążyła nawet wypić kawy – takie były realia… Do Sylwii będziemy wracali na kolejne sesje, sami zobaczcie dlaczego 🙂

003 004 006

020

021

023

028

Aż strach pomyśleć, co będzie się u nas działo za rok 😉